AUSTRALIA
   » AUSTRALIA
      » Formularz kontaktowy
      » Indywidualne konsultacje
      » Nasza opieka
         » Odbiór z lotniska
         » Organizacja przelotu
         » Zakwaterowanie
         » Znalezienie pracy
         » Nie mam pracy, pomóżcie...
      » Darmowi pośrednicy
      » Praca a nauka - możliwości dla studenta
         » Założenie własnej firmy
         » Oferty pracy w Sydney
         » Work&travel niedostępne dla Polaków
      » Praktyczne porady
         » Transport
         » Pozwolenie na pracę
         » Numer podatkowy (TFN)
         » Pomocne kursy zawodowe
         » Telefonia w Australii
         » Tanie zakupy
         » Tanie podróżowanie
      » Szkoły językowe
         » Sydney
         » Perth
         » Melbourne
         » Brisbane / Gold Coast / Cairns
         » Adelaide / Tasmania / Whitsundays
      » Colleges
         » Sydney
         » Perth
         » Melbourne
         » Brisbane/Gold Coast/Cairns
            » Gold Coast Institute of TAFE
      » Uniwersytety
         » IELTS
      » Emigracja
         » Edukacja a emigracja
         » Konsultacje emigracyjne
         » To jest naprawdę możliwe...
      » Praca na farmach (I.R.E)
      » Imprezy promocyjne
         » Rzeszów, 30.03.2004 r.
         » Wrocław, 02-03.06.2004 r.
         » Gdańsk, 12.10.2004 r.
         » Warszawa, 23-24.11.2004 r.
         » Wrocław, 8-9.12.2004 r.
         » Warszawa, 17-19.03.2005 r.
         » Expo 07-09.11.2005 r.
         » Warszawa, 02-04.03.2006 r.
      » Wywiady ze studentami
         » Relacja Szymka
         » Relacja Liliany i Marcina
      » Road Show
   » AUSTRALIA - ON LINE
   » KURSY JĘZYKOWE W UNII EUROPEJSKIEJ
      » Austria
      » Francja
      » Hiszpania
      » Irlandia
      » Niemcy
      » Wielka Brytania
         » Praca, praktyki zawodowe
      » Włochy
      » Malta
      » STUDIA ZA GRANICĄ
         » ANGLIA
         » Istituto Superiore di Design
         » Politechnico di Milano
   » USA
   » KURSY JĘZYKOWE
   » KURSY JĘZYKOWE DLA FIRM
   » Chiny - Teach and Travel
   » NOWA ZELANDIA
      » Galeria zdjęć
   » ROK SZKOLNY ZA GRANICĄ
   » STUDIA ZA GRANICĄ
      » Politechnico di Milano
         » Istituto Superiore di Design
   » DANIA
      » Business Academy Copenhagen North
      » University College Northern Denmark
      » Aarhus School of Business
      » Aarhus University - Institute of Business and Technology
      » Aarhus Business Academy
      » VIA University College
   » THE SCHOLAR SHIP
   » STUDIA W ANGLII
AUSTRALIA - ON LINE
KURSY JĘZYKOWE W UNII EUROPEJSKIEJ
USA
KURSY JĘZYKOWE
KURSY JĘZYKOWE DLA FIRM
Chiny - Teach and Travel
NOWA ZELANDIA
ROK SZKOLNY ZA GRANICĄ
STUDIA ZA GRANICĄ
DANIA
THE SCHOLAR SHIP
STUDIA W ANGLII
Siedziba główna:
ul. Odrzańska 24-29,
50-114 Wrocław
tel (0-71) 346-01-88,
tel/fax (0-71) 343 40 09
biuro@perfect.wroc.pl
australia@perfect.wroc.pl

Oddział:
ul. Żurawia 24/17,
00-515 Warszawa
tel/fax (0-22) 621-67-57
warszawa@perfect.wroc.pl
Strona główna | O nas | Kontakt | Opinie klientów

Wywiady ze studentami!

Chcąc przybliżyć Państwu Australię jako kraj do nauki, pracy i podróżowania, uruchomiliśmy nową podstronę naszego portalu - Wywiady ze studentami.
Na bazie rozmów z naszymi klientami, którzy aktualnie są w Australii, bądź właśnie z niej wrócili, będziemy dążyć do najbardziej obiektywnego przedstawienia Australii. Dołożymy wszelkich starań, aby dotrzeć do osób mieszkających w różnych częściach Australii, uczących się na różnych poziomach edukacji oraz pracujących na różnych stanowiskach.


1. Rozmowa z Ola Leida - studentką na Australian Catholic University, kierunek MBA

2. Rozmowa z Jackiem Zdobylakiem - studentem IT w business college

3. Obszerna relacja Dominika Janusza - studenta IT w business college


Pierwszą osobą, która zgodziła się odpowiedzieć na zadane przez nas pytania jest Pani Aleksandra Leida, która aktualnie studiuje w Sydney na Australian Catholic University, na specjalizacji MBA in Accounting.

Miałam łzy w oczach...

Rozmowa z Aleksandrą Lejdą, naszą klientką studiującą aktualnie na Australian Catholic University (MBA in Accouting)

 

PERFECT: Może na początek nam się przedstaw...

 

OLA : (śmiech) Mam na imię Aleksandra i jestem z Wrocławia. Skończyłam Akademię Ekonomiczną we Wrocławiu, zajęło mi to cztery lata. Napisałam pracę magisterską o stosunkach gospodarczych Australii z Unią Europejską. A później zdecydowałam, że chcę spróbować czegoś więcej i tak oto jestem teraz w Sydney. Studiuję MBA na Australian Catholic University. To jest specjalizacja w accounting, ale samo accounting zaczyna się dopiero od trzeciego semestru. Na razie kończę drugi semestr i jestem bardzo zadowolona ze studiów. Idzie mi na nich bardzo dobrze.

 

PERFECT: Dlaczego właśnie Australia, a nie na przykład Wielka Brytania czy Stany Zjednoczone – również anglojęzyczne kraje...

 

OLA : Australia jest tak odizolowanym krajem od reszty świata, że z tego co pamiętam z czasów, gdy byłam dzieckiem, niewiele się o nim wiedziało. Zresztą nawet teraz, kiedy zada się w Polsce pytanie, jakie miasto jest stolicą Australii, wielu odpowiedziałoby Sydney lub Melbourne. Mnie zaś już wtedy ten kontynent zaczął fascynować. Dużo o nim czytałam, m.in. o ludziach, którzy go odkrywali. I to zainteresowanie mi pozostało. Byłam tu w 2002 roku przez 4 miesiące. Musiałam jednak wrócić do Polski, aby skończyć studia. Ale udało mi się dwa lata studiów zrobić w ciągu roku i tym oto sposobem mogłam tu wrócić. Jestem tu bez przerwy od lutego 2004 roku.

 

PERFCET: Opowiedz nam może o tym, jak za pierwszym razem udało ci się wyjechać do Australii. Bo to chyba było najtrudniejsze?

 

OLA: Wcale nie. Wielu ludzi pyta mnie, dlaczego tu sama przyjechałam. Mówią, że do tego potrzeba było dużej odwagi. A ja wcale się tego nie bałam, zawsze byłam osobą otwartą na kontakty z ludźmi i wiedziałam, że znajdę tu znajomych. Jeżeli zna się język, to nie ma z niczym absolutnie problemu. Za pierwszym razem wyjechałam dzięki firmie Perfect, uczyłam się w szkole językowej w Cairns. Później zaś przez miesiąc podróżowałam po wschodnim wybrzeżu. Powrót do Polski był dla mnie dość ciężki, bo bardzo mi się tu podobało. Rozsądek jednak zwyciężył, bo trzeba było skończyć studia i też nie byłam przygotowana na to, aby tu zostawać. A teraz jestem tu znowu i nadal mi się bardzo podoba.

 

PERFECT: I co dalej?

 

OLA: Myślę o tym, aby zostać na stałe, ale to jeszcze nic pewnego. W listopadzie przenoszę się na Tasmanię – jedno z najpiękniejszych miejsc na świecie. Dużo podróżowałam po Europie, zwiedziłam całą Skandynawię i nie tylko. Mogę stwierdzić, że zwłaszcza jeśli chodzi o naturę, to jest ona naprawdę unikatowa. Jest to praktycznie jeden wielki park narodowy. Australia to przede wszystkim cudowna pogoda, bardzo otwarci ludzie, chętni do nawiązywania kontaktów.

 

PERFECT: No właśnie, powiedz nam coś więcej, jakimi ludźmi są Australijczycy? Kiedy mieszka się w Polsce, wydaje się, że Polak Polakowi jest wilkiem. Czy w Australii jest inaczej?

 

OLA: Sądzę, że Australijczycy są pozytywniej nastawieni do życia. Myślę, że ma to związek z tym, że życie tu jest jednak łatwiejsze, jest mnóstwo możliwości. Jeżeli człowiek chce coś osiągnąć, to nie rzuca mu się kłód pod nogi, jak to jest w Polsce. Inna sprawa to fantastyczna pogoda. Jeżeli codziennie rano widzi się słońce, to aż chce się żyć. Podoba mi się, że ich styl życia nastawiony jest na spędzanie czasu na zewnątrz. Mnóstwo osób biega, chodzi, uprawia jakiekolwiek sporty. Natomiast w Polsce jest zupełnie odwrotnie, czemu nie należy się specjalnie dziwić, bo jeśli ktoś się budzi rano i widzi chmury i deszcz, to od razu się wszystkiego odechciewa. Można popaść w depresję. Wiadomo, że ludzie są różni – można natknąć się na ludzi bardzo nieprzyjaźnie nastawionych, ale nie miałam z tym zupełnie problemów. Przede wszystkim nigdy nie miałam sytuacji, że traktowano mnie jako obcokrajowca – kogoś, kogo tu się nie chce. Jest to zapewne związane z ogromną liczbą obcokrajowców.

 

PERFECT: No właśnie, Polak słynie z czegoś dokładnie odwrotnego – szowinizmu, nacjonalizmu i tego, że każdy, kto jest w Polsce, a jest spoza Polski, to wróg. W Australii jak rozumiem tego nie ma? Choć ponoć są takie narody, za którymi tu się nie przepada, jak choćby Chińczycy...

 

OLA: Jeśli chodzi o Azjatów, to akurat ja się do nich przyzwyczaiłam, aczkolwiek nie spotkałam się z niechęcią do Chińczyków. Częściej mam kontakty z Japończykami, Koreańczykami. Natomiast co do stosunku Australijczyków do Chińczyków to przyznam się szczerze, że nie wiem.

 

PERFECT: Australia jawi się jako raj na Ziemi – tak przynajmniej można z Twojej opowieści wywnioskować. Ale są chyba i negatywne rzeczy? Będę drążył ten temat i w pierwszej kolejności – skoro wspomniałaś o wyluzowanym stylu życia – zwrócę uwagę na koszmarną wręcz niesolidność Australijczyków.

 

OLA: (smiech) Zgadza się. Nawet w pracy. Pracuję w Starbucks Coffee – między innymi z Australijczykami i innymi narodowościami. I muszę uczciwie powiedzieć, że Australijczycy generalnie są leniwi. Nie wiem, czy tak działa na nich pogoda, czy coś innego. Podobnie wygląda to na południu Włoch czy Hiszpanii – wszystko to jeden wielki luz i odkładanie wszystkiego na jutro. Oczywiście, znam również bardzo solidnych i pracowitych Australijczyków – to zależy od człowieka. Za to Azjaci są bardzo pracowici.

 

PERFECT: Najlepszym chyba dowodem na solidność Australijczyków albo jej brak jest chyba efektywność działania komunikacji miejskiej – mam na myśli autobusy i pociągi...

 

OLA: To jest koszmar. Komunikacja w Sydney jest po prostu koszmarem. Pracowałam raz w Macquarie Centre, a mieszkam na Dee Why – to jest północna część. Powrót do domu zabrał mi dwie i pół godziny! Także to był rekord, byłam umęczona i miałam dość mieszkania w Sydney. Miasto jest cudowne, ale transport jest koszmarny.

 

PERFECT: Nie na darmo mówi się na miejscową kolej „Shityrail”, podczas gdy jej nazwa to „CityRail”...

 

OLA: Tak jest. Zgadzam się z tym absolutnie. Nie dość, że pociągi są źle utrzymane, to są jeszcze duże opóźnienia. Na szczęście nie jeżdżę nimi za często. Jedynie, by się dostać na lotnisko, gdy lecę na Tasmanię. Inna sprawa to koszmarne ceny – tygodniowy bilet kosztuje mnie A$36. Koszty życia w Sydney są niesamowicie wysokie – na przykład w porównaniu do Tasmanii. Nawet żywność jest tam dużo tańsza. Na przykład w Sydney zarabiam tygodniowo około 300 dolarów tygodniowo, a na sam czynsz wydaję 160 tygodniowo. Nie jest zatem wcale tak łatwo się tutaj utrzymać

 

PERFECT: No właśnie, przejdźmy może do tematu najbardziej interesującego Polaków. Nie ukrywajmy, że mało kto tu przyjeżdża się uczyć, większość przyjeżdża w poszukiwaniu pracy. Jak tu jest z pracą? Mówię w tej chwili o samym Sydney.

 

OLA: Z pracą nie miałam najmniejszych problemów, krótko po przyjeździe znalazłam pracę na restauracji w Dee Why. Pracowałam tam przez półtora miesiąca. Natomiast krótko po rozpoczęciu tamtej pracy znalazłam pracę w Starbucks Coffee w North Sydney. Po prostu weszłam, zapytałam o pracę i ją dostałam. Miałam dużo szczęścia. Trzeba być niestety nastawionym na to, że na wizie studenckiej ma się ograniczenie do 20 godzin pracy tygodniowo i studentów nie bardzo chcą zatrudniać. Nawet Starbucks, który dawniej był bardzo otwarty na studentów, teraz już nie chce ich zatrudniać. Poza tym dochodzi kwestia uczenia się i dostosowania szkoły do pracy. Zarabia się tyle, że starcza na utrzymanie, a więc bez żadnych rewelacji. Mnie osobiście pomagają dużo rodzice, płacą za moje studia i wspomagają mnie finansowo. Inna sprawa, że korzystam z życia, latam do mojego chłopaka na Tasmanię raz w miesiącu. Oprócz tego sporo czasu muszę poświęcić nauce, bo co prawda na uczelni spędzam tylko 12 godzin tygodniowo, ale sporo czasu muszę pracować w domu. To jest zupełnie inny styl nauczania niż w Polsce. Na początku może być trochę ciężko się na to przestawić. W tej sytuacji nie mam za bardzo czasu na rozrywkę.

 

PERFECT: Opowiedz może więcej o samej pracy w Starbucks...

 

OLA: Po pierwsze – przyznam się, że jestem osobą, która kocha kawę. Tak więc dla mnie jak na początek była to świetna praca. Jeśli chodzi o Starbucks, to nie polecam pracy w tej firmie. Nie jest to firma, która traktuje swoich pracowników tak jak powinna. Generalnie jednak jestem zadowolona z pracy, bo nie jest ona stresująca. Dzielnica, w której pracuje – North Sydney – jest typowo biznesowa, nasi stali klienci są wspaniałymi ludźmi i mam z nimi bardzo dobry kontakt. To bardzo pozytywna strona tej pracy. Poza tym darmowe kawy i inne napoje, więc spadają nieco koszty utrzymania. Ale na dłuższą metę zdecydowanie nie polecam wiązanie się z nią na dłużej.

 

PERFECT: Jeśli z czegoś słynie Australia wśród tych, którzy już tam dłużej przebywają, to ze swojej „papierkowości”. Jakie papiery musiałaś ty przedstawić, aby podjąć pracę w Starbucks?

 

OLA: Żadnych. Nie miałam też żadnego doświadczenia. Robiłam tylko kawę ekspresem w domu. Może tylko 2 miesiące pracy w Cairns dwa lata temu no i we wspomnianej restauracji. Generalnie w Australii przy pisaniu swojego Resume miejscowi ludzie mają tendencję do naciągania pewnych rzeczy. Podobnie zrobiłam ja, ale wiem, że pracodawcy zdają sobie sprawę z tego, że tak jest i niespecjalnie się tym przejmują. Nie musiałam przedstawiać żadnych dokumentów, jedynie Resume. Miałam za to dwie rozmowy kwalifikacyjne.

 

PERFECT: Z polskiego punktu widzenia wydaje się, że dwie rzeczy mają miejsce: po pierwsze – Polak jest robolem, czyli wszystkie cięższe prace zostają dla niego, po drugie – że takiego człowieka uważa się za gorszego. Takie jest podejście w Europie Zachodniej. Jak to jest w Australii?

 

OLA: Generalnie opinia o Polakach ze strony Australijczyków – przynajmniej tych, których znam – jest bardzo dobra. Często słyszę, że „Polish people are so lovely”. Bardzo miło jest usłyszeć coś takiego. Myślę jednak, że wynika to z tego, że Polska jest daleko i przyjeżdżają tu ludzie głównie wykształceni, chcący się rozwijać. Nie ma więc tutaj Polaka – robola, takiego jaki występuje w Wielkiej Brytanii czy krajach Europy Zachodniej. Poza tym australijskie przepisy są dość restrykcyjne i ciężko tu przyjechać na dłużej. Jedynie zauważa się to, że Polacy są ludźmi wykwalifikowanymi i pracowitymi. Warto też wspomnieć, że w Australii bardzo się patrzy na twoje doświadczenie, znacznie bardziej niż na wykształcenie. Będąc profesorem, czy doktorem nie zdobędzie się tu poważania. Ważniejsze to być menadżerem w jakiejś firmie i mieć dobrą pozycję. Oni na to zwracają dużą uwagę. Podobnie jest ze studiami. W Polsce zawsze był bardzo duży nacisk na teorię, zapamiętywało się wiele rzeczy. To było bezsensowne. Tu natomiast jest nacisk na zastosowanie wiedzy w praktyce.

 

PERFECT: Inna sprawa, że Polacy jako studenci to nie mają chęci uczyć się teoretycznie, jak również praktycznie...

 

OLA: Akurat w Polsce miałam taką grupę ludzi, że traktowaliśmy te studia poważnie, a nie tylko dla papierku. Wiekszosc moich znajomych ze studiow  wyjechała do innych krajów by tam kontynuowac nauke lub do pracy. Ale w wielu przypadkach jest rzeczywiście tak jak mówisz. W Sydney na kursie MBA większość moich znajomych to Hindusi, jedna dziewczyna tylko ze Słowacji. Warto zauważyć, że jest tu mnóstwo Hindusów, przy czym oni raczej tu przyjeżdżają dla rozrywki a nie dla nauki. Ich rodziny najczęściej są bogate, wysyłają tu swoje dzieci, aby mogły się pobawić. Ciężko się z nimi współpracuje – zwłaszcza w grupie.

 

PERFECT: Przejdźmy może do rozrywki – każdy sobie ją wyobraża inaczej. Ja jednak mówię o obejrzeniu Australii, zobaczenie kangurów, koala, opery, Harbour Bridge czy Olympic Park. Jak z tym jest?

 

OLA: Jak już wspomniałam, praktycznie w ogóle nie mam na to czasu – jedynie na wakacjach między semestrami. Więcej zobaczyłam dwa lata temu, gdy podróżowałam po wschodnim wybrzeżu. Nurkowałam na Wielkiej Rafie Koralowej, co było wspaniałym przeżyciem. Kiedy pierwszy raz zanurzyłam się pod wodę, zapomniałam, że mam oddychać, bo byłam pod takim wrażeniem. Tam też po raz pierwszy zobaczyłam kangury, koala i inne zwierzęta. Sydney zaś zapamiętałam szczególnie, gdy przejeżdżałam przez nie pierwszy raz, przez most. Była 6 rano, słońce wschodziło, a Opera w jego świetle wyglądała przecudownie. Miałam łzy w oczach, bo było to zawsze moim marzeniem, aby tu przyjechać. Miasto zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Liczy ono nieoficjalnie prawie 5 milionów mieszkańców i w porównaniu do Wrocławia, z którego pochodzę, a który liczy ich 700 tysięcy, jest przeogromne. Mimo wszystko, będąc w Sydney, nie ma się wrażenia, że jest takie ogromne. Może dlatego, że nie ma tu takich wielkich blokowisk. To nie znaczy, że ich nie ma. Są na przykład w Chatswood. Ale większość to domki bądź niewielkie bloki.

 

PERFECT: Może dlatego złośliwi mówią, że Sydney to nie wielkie miasto, lecz wielka wieś...

 

OLA: Śmiało można to powiedzieć, ale to bardzo piękna wieś. To wręcz zaleta Sydney, że gdy mieszka się np. na Dee Why, nie czuje się, że to taka wielka metropolia. Można naprawdę się odseparować od wszystkiego. Codziennie rano biegam nad oceanem, to jest piękne przeżycie. Dee Why ma też piękną plażę, można zapomnieć o całym świecie. W Operze jeszcze nie byłam, nie wychodzę w ogóle na dyskoteki, nie mam na to czasu. Chyba, że mój chłopak przyjeżdża – wtedy gdzieś razem wychodzimy. Najczęściej idziemy do Darling Harbour i to raczej na kolację czy do cocktail baru. Fantastyczne jest podróżowanie promem, czy water taxi po porcie. Można zobaczyć miasto z innej perspektywy. Byłam także w Olympic Park na meczu footballu australijskiego (Sydney Swans vs. Essendon Bommers). Polecam wszystkim, aby to zobaczyć, aby poznać trochę kulturę australijską. Aussies są wręcz fanatykami tego sportu. Zresztą już wspomniałam, że uprawiają różne sporty. Ale największą rozrywką jest i tak podróżowanie po Australii. Tasmania jest przecudownym miejscem i szczerze to polecam. Warto zobaczyć Blue Mountains, czy Palm Beach, gdzie kręcą tutejsze seriale. Można tu spotkać wiele znanych osób. Pamiętam, jak tuż przed olimpiadą w Atenach niesiono przez Sydney znicz olimpijski. Bylam akurat w pracy. Starbucks, w ktorym pracuje znajduje sie w centrum North Sydney, na Miller Street. Mielismy szczescie, bo znicz niesiono wlasnie glowna ulica. Razem ze znajomymi z pracy staliśmy za ladą i patrzyliśmy na to. Było to spore przeżycie i tu w Sydney różne takie rzeczy można przeżyć.

 

PERECT: Na koniec zapytam o dwie rzeczy. Pierwsza – kwestia języka angielskiego. Krążą takie pogłoski, że jeśli Polak tu przyjeżdża, to nie jest w stanie zrozumieć australijskiego slangu i akcentu. Polacy tak generalnie mówią. Jak to wygląda z twojego punktu widzenia? No i druga sprawa – jakie masz tu dalej plany?

 

OLA: Jeśli chodzi o język angielski, to jeszcze przed wyjazdem do Australii słuchałam przez internet radia z Melbourne. Byly tam często wywiady z ludźmi z ulicy i miałam okazję słyszeć, jak oni mówią. Na początku miałam z tym problem. Natomiast gdy już dotarłam do Cairns, nie miałam żadnych problemów. Jak się spotka takiego „Aussie” ze środka kontynentu, to nieraz ciężko go zrozumieć. Można się do tego przyzwyczaić. Nie miałam problemów ze zrozumieniem akcentu. Mój chłopak ma twardy australijski akcent i używa różnych wyrażeń z australijskiego slangu. Wiele się od niego nauczyłam. Nie mam więc problemów ze zrozumieniem Australijczyków. Nie jest to taką kwestią, której nie można przeskoczyć. Co do moich planow... Zamierzam tu skończyć studia, a na okres wakacji mam zamiar przenieść się na dwa miesiace na Tasmanię. W styczniu jade do Polski na trzy tygodnie, odwiedzic rodzine i znajomych. Myślę o tym, aby zostać tu na stałe, ale jeszcze za wczesnie zeby powiedzieć coś na pewno. Jedno jest pewne, zabawię tu jeszcze jakiś czas. Moja rodzina bardzo za mną tęskni, bo jestem jedynaczką i chce, abym wróciła, szczególnie moja mama. Ale Europa już mnie nie ciągnie i jednak zdecydowanie wolę Australię. Są tutaj możliwości i styl życia lepiej mi odpowiada.

 

PERFECT: Dziękujemy za rozmowę.

 

Sydney, październik 2004 r.

lista wywiadów


Nie jestem robolem...

 

Rozmowa z Jackiem Zdobylakiem, polskim studentem, który uczy się w Australii

 

PERFECT: Na początek nam się przedstaw...


Jacek: Mam na imie Jacek, mam 29 lat, jestem w Australii trzy i pół roku, studiuję IT w Business College, a w przyszłym roku mam nadzieję rozpocząć studia na uniwersytecie.


PERFECT: 29 lat i ciągle student...


Jacek: (śmiech) Zgadza się. Byłem w wielu krajach, najpierw w Afryce, teraz w Australii. Właśnie dzięki Australii znacznie podszkoliłem swój język.


PERFCET: Czym się tutaj w Sydney zajmujesz?


Jacek: Pracowałem  przez trzy lata w  Australijskim Narodowym Muzeum  Żeglugi  – w obsłudze klienta. Teraz pracuje w jednym z klubów RSL,w kasynie. Szefostwo klubu wysyła mnie teraz na kurs Certificate II in Hospitality za który w pełni pokrywa koszty.


PERFECT: Kasyno, kelner... kiedy tego się słucha z polskiego punktu widzenia, myśli się „Polak w Australii zawsze będzie robolem”. Co Ty o tym myślisz?


Jacek: Nie sądzę, że tak jest. Dowiodłem tego tym, że pracowałem trzy lata w muzeum narodowym, a tam robolem nie bylem. Nie pracuję tam dlatego, bo zmieniło się szefostwo. Potrzebowali ludzi tylko na pełny etat, ja zaś jako student nie mogę tak pracować. Z muzeum otrzymalem bardzo dobre referencje, co pomogło mi dostać pracę w RSL Club i to wydaje mi się bardzo ważne. Nie pracuję tu też fizycznie, zajmuję się obsługą automatów do gry. Na pewno więc nie jestem typowym robolem.Wydaje mi się, że my Polacy mamy jakieś dziwne podejście do pracy. Tutaj wygląda inaczej, czasami zauważyłem, że dyrektor klubu, w którym pracuję, zbiera szklanki i jest to normalne. Natomiast w Polsce uważa się to za wręcz hańbiące.


PERFECT: Jak zatem z twojego punktu widzenia wygląda sytuacja typowego polskiego studenta w Australii?


Jacek: Nie jest łatwo na samym początku. Ludzie przyjeżdżają i mają problemy ze znalezieniem pracy, zakwaterowania, nie znają dobrze języka. Nie mają też dobrych referencji i australijskiego doświadczenia – a to jest w tym kraju niezwykle ważne. Nie jest łatwo również pogodzić szkoły z pracą, ale nie znaczy to, że jest to niemożliwe.


PERFECT: Wspominałeś o języku angielskim i problemach z przystosowaniem się. Jak to było w twoim przypadku?


Jacek: Mimo że znałem język angielski, bo wcześniej pracowalem w Afryce jako pilot wycieczek zagranicznych, nie byłem przyzwyczajony do pewnego słownictwa i nie byłem przyzwyczajony do akcentu. A niestety – do prac z ludźmi biegłość w języku jest konieczna.


PERFECT: Bardzo różni się klasyczny brytyjski angielski od australijskiego?


Jacek: Tak, jest zupełnie inny akcent, wyrażenia, słownictwo jak i tempo -  Australijczycy mówią szybiciej niż Anglicy. Poza tym Australijczycy mówią też bardzo miękko i słowa często się zlewają. Z czasem przychodzi jednak  osłuchanie i problem mija.


PERFECT: Brytyjczycy śmieją się z Australijczyków, że nie są to zbyt inteligentni ludzie. Zgadzasz się z tym?


Jacek: Mam obecnie duży kontakt z Australijczykami, jeden z nich jest tu moim najlepszym kolegą. Ale nie powiedziałbym, że są głupi. Mają po prostu swój wyluzowany styl życia, nie interesują się tak wszystkim dookoła. Powiedziałbym po prostu, że są bardziej zrelaksowani, podchodzą do wszystkiego bardziej na luzie . Wcześniej mieszkałem w polskim środowisku, ale zaznaczam, że na samym początku jest bardzo ważne, aby mieszkać w międzynarodowym środowisku ponieważ mamy możliwość podszkolenia języka angielskiego. Niemniej od roku mówię tylko i wyłącznie po angielsku, gdyż mój kolega, z którym mieszkam, jest rodowitym Australijczykiem.


PERFECT: Masz obecnie własny transport. Jaka tu w Sydney jest różnica pomiędzy posiadaniem własnego, a korzystaniem z publicznego transportu?


Jacek: Nie jest aż tak tragicznie z publicznym transportem. Jeśli ma się dostęp do komunikacji miejskiej, nie jest najgorzej. Własny transport generalnie jest dość wygodny, ale przejazd jest czasem utrudniony przez korki.


PERFECT: Wiemy o Tobie już trochę więcej. Ile więc pieniędzy pochłania to wszystko – nauka, mieszkanie, transport, jedzenie...


Jacek: Tygodniowo wygląda to następująco: wydaję 80 dolarów na mieszkanie, odszedł mi koszt transportu, wydaję jakieś 10 – 15$( wlasny pojazd-benzyna), ale bilet kosztuje około 30 – 40$. Wyżywienie pochłania jakieś 60 dolarów, zakładając zakupy w supermarketach. Wyżywienie w miejscach publicznych (bary, puby, itp.) kosztuje o wiele więcej. Wydaje mi się, że można się bez problemu zamknąć w 200 – 250 dolarach na tydzień, zakładając życie „bez szaleństw”.


PERFECT: Masz jakieś szczególne rady odnośnie Australii?


Jacek: Studenci mają na początku trochę problemów – przede wszystkim nie należy się załamywać pierwszymi niepowodzeniami, problemami, które się pojawiają. Trzeba cały czas myśleć pozytywnie. Myślę, że jest to najważniejsza rzecz, jakiej nauczyłem się od Australijczyków. Kiedyś bardzo często narzekałem, to chyba jest nasz cecha  narodowa. A mój kolega z Australii nauczył mnie pozytywnego myślenia, za co bardzo mu dziękuję. To jest chyba takie największe przesłanie o Australii – myśleć pozytywnie.


PERFECT
: Na koniec zdradź nam swoje plany na przyszłość...

Jacek: Rozważam parę wersji. Myślałem o powrocie do Polski, ale myślę też o pozostaniu w Australii. Chciałbym skończyć  certyfikat w Hospitality który mi klub sponsoruje . Myślę także o studiach w Australii. A czy wrócę do Polski? Tego jeszcze nie wiem. Rozważam pozostanie tu na pewien okres czasu, bo jest to wspaniały kraj, zwiedziłem go trochę i jest to świetny kraj do życia. Byłem w Queensland, w Melbourne – tam jest zupełnie inaczej niż w Sydney. Miasta różnią się między sobą. Zapewne bardzo zdziwi to ludzi, jak tam wszystko wygląda. Queensland jest chyba bardziej wyluzowane niż Sydney i jest tam bardziej słonecznie. Natomiast Melbourne przypomina bardziej europejskie miasta i pogoda o dziwo potrafi się zmieniać co 10 minut. Szczerze polecam.

PERFECT. Dziękuję za rozmowę.

Sydney, listopad 2004 r.

lista wywiadów



Pierwsze kroki w Sydney - czyli relacja z pierwszych dni...

 

Relacja Dominika Janusza, studenta informatyki na jednym z sydney'owskich colleges.

 

 

Zawsze tak jest... Nowy kraj, nowe miasto, nowy język i nowi ludzie. Przyjeżdżasz, rzucasz okiem, a wszystko wydaje się być takie niesamowite, wręcz magiczne. Zaczynasz nowe życie, jesteś pełen nadziei. Każde ze swoich świeżych doświadczeń zapamiętasz na bardzo długo, a później przez lata będziesz je wspominał. Przypomnij sobie, jak to było, kiedy ty leciałeś do nowego świata, a jeśli dopiero zamierzasz to zrobić, zobacz, jakie emocje cię czekają.

 

Samoloty i podróż

 

Nie było łez, dramatycznych chwil, kiedy wyjeżdżałem. Może tylko niewysoka, sympatyczna blondynka z Krakowa, którą poznałem dwa lata wcześniej, zostanie w mojej pamięci jako ktoś, kto mógłby coś zmienić w moim życiu i za kim tęsknię. Czy ona też tęskni? Tego niestety nie wiem, to wie tylko ona. Ale los chciał tak, a nie inaczej. Zresztą nic nie jest stracone, przyszłość niesie wiele niespodzianek. Ale nie o tym miało być...

 

Przejście przez bramę lotniska oznacza pożegnanie z Polską. Do dziś nie czuję z tego powodu jakiegoś bólu. Chciałem wyjechać, zacząć nowe życie. A zaczęło się ono od długiego, żmudnego oczekiwania na odlot. Samolot British Airways z Krakowa do Londynu wreszcie się pojawił i zostajemy wezwani na pokład. Witają nas brytyjskie stewardessy i z żalem muszę stwierdzić, że kiedy ich zobaczyłem, od razu przypomniało mi się, jak to angielscy żużlowcy opowiadali, że kobiety z ich kraju są wręcz brzydkie. No i ten angielski! Nawet dla mnie, osoby mającej za sobą 17 lat w tym języku i pracę tłumacza jest on na początku problemem. Na początku, to znaczy... może jakieś 5 – 10 minut. Szybko się przyzwyczajam, choć wiem, że innym przychodzi to miesiącami.

 

I wreszcie jesteśmy w powietrzu! Wszystko robi się małe, coraz mniejsze. Kraków i Polska zostają daleko. Odpinamy pasy i teraz można się już trochę rozluźnić. Coffee or tea? – pyta mnie jedna ze stewardess. Nie cierpię kawy, więc wybieram herbatę, która zresztą kojarzy się z narodowym napojem Anglików. Za chwilę przynoszą lunch  – pyszną zapiekankę, ciastka, sałatkę owocową i pełno innych smakołyków. W sumie to dobrze, bo nie jadłem w domu obiadu. Obok mnie angielska para otwiera Smirnoffa, którego dostali na życzenie. Jak widać, nie tylko Polacy delektują się tego typu napojami. Dość szybko nawiązujemy rozmowę i wymieniamy się doświadczeniami. – Sydney? Piękne miasto, chciałbym tam kiedyś powiedzieć – mówi mający koło 30 lat mężczyzna. Pierwsza część podróży upływa w miłej atmosferze, a ja z radością stwierdzam, że mój angielski ma się naprawdę nieźle.

 

Przede mną 5 godzin oczekiwania na samolot do Singapuru. Wysiadam na lotnisku Gatwick. Jakże inaczej to wszystko wygląda niż w Polsce. Do wyjścia z samolotu zostaje dołączony specjalny tunel, którym przechodzimy. To jeden z przykładów, jak jeszcze daleko nam do zachodniej Europy. Gatwick jest naprawdę przepiękne. Krakowskie lotnisko wygląda przy nim jak mała szopa obok wielkiej willi. Jako ostatni dochodzę do bramy, przy której zaczyna się odprawa. Strażnik prosi mnie o podanie „karty lądowania”. Rzuca tylko na nią okiem i z pogardą w głosie mówi „Polish. This queue”. Nie jest tajemnicą, że Polacy na zachodzie to jak u nas w kraju Rumuni bądź Rosjanie. Zresztą chwilę później ma miejsce sytuacja, która utwierdza mnie w przekonaniu, że specjalnie się mylą. Dwie kobiety z dzieckiem stają na końcu kolejki, ale jak to dla naszego narodu typowe, od razu kombinują, jakby tu się przedostać do przodu. Wreszcie wpychają się między ludzi a barierki i omijają całą kolejkę. Jedna z nich mówi „Skjuzmi, czy jak oni tam mówią” (wypowiedź oryginalna, pisownia celowa). A to Polska właśnie...

 

Trochę problemu sprawia mi odebranie bagażu. Czy ktoś zgadłby, że Kraków po angielsku to Accrife? Mnie to chwilę zajęło, ale w końcu znalazłem swój bagaż.

 

Kolejną rzeczą jest dostanie się z Gatwick na Heathrow. Na szczęście autobus podjeżdża prosto pod wyjście z lotniska. Pierwszym szokiem jest dla mnie ruch lewostronny i to, że drzwi autobusu również są po lewej stronie. Niby człowiek o tym wiedział, ale jak zobaczył, to i tak go zaskoczyło. Mój ogromny bagaż przy pomocy bardzo uprzejmego kierowcy (nie to, co w Polsce) ląduje w bagażniku i rozpoczyna się podróż przez Londyn. Jest ciemno, bo to zima i godzina 18, więc nie ma się co dziwić. Niewiele miasta udało mi się zobaczyć, ale widok świateł tej ogromnej metropolii, kiedy jedzie się jedną z bocznych dróg robi niesamowite wrażenie. Większość z was będzie leciała z Warszawy i trafi od razu na Heathrow, więc taka przesiadka was nie czeka. Nie będzie męczenia się z bagażem.

 

I wreszcie Heathrow. Oczywiście na dzień dobry znów taszczę swój bagaż i pierwsze miejsce, gdzie się udaję, to odprawa. W miarę szybko udaje mi się pozbyć bagażu, a celnik zadaje mi kilka prostych pytań. Jedno z nich dotyczy angielskiego. – Nie musisz się obawiać, twój angielski jest bardzo dobry – mówi mi, kiedy wspominam mu o chęci polepszenia języka. – Wiem, ale chcę, aby był jeszcze lepszy – odpowiadam. – Zobaczysz, że będzie. To tylko kwestia czasu – odpowiada. Następnie wybieram się na wycieczkę po lotnisku, a dokładniej po terminalu międzynarodowym. A jest co zwiedzać! Dwa olbrzymie piętra oraz część z fast foodami – to jest coś! No i ta mieszanina narodowości! Tu biali, tam czarni, a jeszcze gdzieś indziej żółci. Ba – nawet klony Osamy bin Ladena się tu kręcą. Co to za kraj? – można by zapytać. Wybieram się na posiłek – pizza i cola, za którymi przepadam. Obsługa mini – baru również mnie zaskakuje. Nie ma tam chyba ani jednego Anglika. Ale jedzenie serwują pyszne. Serdecznie polecam, choć nie pamiętam ich nazwy. Ale mieszczą się gdzieś tak między piętrami. 5 godzin oczekiwania szybko mija. Aż żal rozstawać się z tym pięknym miejscem.

 

Teraz czeka mnie lot do Singapuru liniami Qantas. I znów to samo – odprawa, sprawdzanie bagażu podręcznego... Jakaś kobieta płacze – nie wiem, czy z kimś się właśnie pożegnała, czy może z jakiegoś innego powodu. Znaki prowadzą mnie do odpowiedniej bramki, gdzie czeka nas odprawa. Samolot jest ogromny, znacznie większy niż ten, którym leciałem do Londynu. Jest ciemno, godzina 21.30. Ruszamy i znów podróż, znów jedzenie (tym razem zamiast zapiekanki są jakieś kawałki kurczaka i kiełbaski, ale nie brakuje znów sałatek, słodyczy i herbaty). Sam lot trwa bardzo długo, bo aż 12 godzin. W międzyczasie jesteśmy wyposażeni w małe monitorki, na których można oglądać filmy, a nawet grać w różne gry komputerowe. Najwięcej zabawy dostarcza mi Tetris i... klasyczna „szubienica” ucząca języka angielskiego.

 

Singapur jest moim kolejnym przystankiem. Czekam tam jednak tylko półtorej godziny, więc wszystko co mogę zobaczyć, to lotnisko. Również piękne, kolorowe, zadbane, choć do Heathrow mu bardzo daleko. Jest dość ciepło, ale nie gorąco. Nie dziwi mnie to, bo jest tam późne popołudnie. Moją uwagę zwracają chyba głównie... buddyjscy mnisi. Tego nigdy wcześniej nie widziałem.

 

I wreszcie ostatni lot. Z Singapuru do Sydney. Nadal liniami Qantas. W samolocie prawdziwy upał, na szczęście podczas lotu zostaje włączona klimatyzacja. Momentami widać pod nami wielką pustynię. Tak właśnie wygląda większość Australii, szczególnie na północy. Większość pasażerów śpi, więc i ja postanawiam uciąć sobie drzemkę, zwłaszcza że nie spałem wcześniej zbyt wiele. Wieczorem dostajemy kolacją, a nad ranem zostajemy poczęstowani śniadaniem. Znów gorące kiełbaski, chleb, dżem, owoce... Wreszcie z głośników płynie upragniony komunikat „Drodzy pasażerowie, samolot zbliża się do Sydney. Za około pół godziny nastąpi lądowanie”. I kiedy wydaje się, że to już koniec przeżyć, stewardessy wychodzą do nas i... spryskują cały samolot jakimiś dziwnymi dezodorantami. – To zapewne zabezpieczenie przed SARS i innymi groźnymi wirusami – myślę sobie. Nagle samolot wlatuje w chmury, zaczyna się obniżać, aż wreszcie pod nami pojawia się ogromna metropolia. To właśnie to... Sydney!!! Cel mojej podróży!!!

 

Witaj Sydney, witaj Australio

 

Moja przygoda z Sydney zaczyna się od... odprawy. To pierwsza z wielu formalności, jakie mnie tu czekają. Mija to dość szybko. Następnie znów poszukiwanie bagażu. Ech, z tym to zawsze jest problem. Tyle tych bagaży na taśmie i chwilę zajmuje odnalezienie tego właściwego. W międzyczasie jedna ze strażniczek zaczyna mnie trochę wypytywać o szczegóły. Trochę zdziwienia wywołuje u niej fakt, że nie wiem, gdzie jest Allawah – dzielnica, w której mam mieszkać. – Ktoś ma po mnie wyjechać i on się mną zaopiekuje – uspokajam. Kiedy wreszcie udaje mi się uporać z bagażem, kieruję się do wyjścia. Tam już czeka na mnie człowiek, trzymający w ręku karteczkę z moim imieniem i nazwiskiem. Dopiero później dowiaduję się, że to Czech mieszkający w Australii. To właśnie on ma się mną zaopiekować podczas pierwszych kilkudziesięciu minut pobytu w Sydney. Szybko bierze mnie do swojego samochodu (ma dużego jeepa) i udajemy się do Allawah. Za pierwszym razem chcę wsiadać do samochodu po prawej stronie – nic dziwnego, to jeszcze przyzwyczajenia z „prawostronnej” Europy. I wreszcie ruszamy. Szybko nawiązujemy rozmowę. – Niektórym wydaje się, że tu jest raj na Ziemi i że pieniądze i praca spadają z nieba. A to tak nie jest. Trochę potrwa zanim wszystko sobie ułożysz. Jednym się udaje, drugim nie. Kobietom jest tutaj trochę łatwiej – mówi do mnie mój opiekun. Dopiero po jakimś czasie pobytu w Sydney rozumiem, co miał na myśli. Kobiety po prostu wręcz z dziecinną łatwością przygadują sobie Australijczyków. Celują w tym szczególnie Polki i Azjatki. Ale lepiej tego komentować nie będę, bo z poglądów jestem trochę antyfeministą. Niemniej – każdy ma prawo decydować o swoim losie.

 

Nowy dom

 

Nasza podróż kończy się na małej wąskiej uliczce położonej w górzystej okolicy, jest około 8 – 9 rano (samolot wylądował o 6.30). Z pozoru malutki domek, wokół wysoki płot, w sąsiedztwie niewielki blok mieszkalny i mnóstwo innych kolorowych domków (na zdjęciach, pierwszy z lewej to ten, w którym mieszkam).

 

Od środka okazuje się on być jednak znacznie większy (zdjęcia poniżej). Ma pięć sypialni, olbrzymi przedpokój, dużą kuchnię, dwie toalety, miejsce na parking, ogród... Jak w bajce! Patrząc na niego od środka wydaje się, że to taki domek z amerykańskich filmów. Czysty, zadbany. Aż wierzyć się nie chce, że takie miejsca istnieją. A ponoć w domach studenckich – nawet w Australii – nie zawsze tak to wygląda. Mój opiekun prowadzi mnie do kuchni i tam wyjaśnia mi, co muszę zrobić – jakie formalności załatwić, jak trafić do swojej szkoły, do biura Australian Centre for Education oraz do Urzędu Emigracyjnego DIMIA. I tu jego rola się kończy.


Teraz czas poznać się z domownikami. Pierwszym jest Brazylijczyk Renato, który okazuje się być chyba najbardziej przyjazną i wyluzowaną osobą z całego domu. Szybko znajdujemy wspólny język i nawet wymieniamy się pokojami, ponieważ on woli ten z numerem 2 niż 1. Zresztą i tak po dwóch dniach musiałem się do niego przeprowadzić, bo przyjechali nowi ludzie. Są także dwie Czeszki – Pavla i Zdenka, z których ta druga mówi raczej po niemiecku, a z angielskim u niej kiepsko. Oprócz tego w domu mieszka jeszcze troje Polaków – młode małżeństwo z Poznania i dziewczyna z Warszawy, która przyjechała dzień przede mną. Pierwsze wrażenie odnośnie tych osób jest mieszane. Polacy dziwnie na mnie patrzą, kiedy mówię do nich po angielsku. A jest tak dlatego, że nie zapamiętuje łatwo twarzy, więc wolę do każdego mówić po angielsku. I to właśnie Polka – Iwona – w ciągu pierwszych dni jest towarzyską wszelkich wycieczek i podróży. Nic dziwnego – przyjechaliśmy do Sydney niemal w tym samym czasie, a wiadomo, że we dwoje zawsze raźniej.

 

Pierwsza wycieczka

 

Już pierwszego dnia decyduję się wybrać trochę na zwiedzanie okolicy. Na początek idę do znajdującego się na rogu chińskiego supermarketu (na zdjęciu poniżej). Nie mam żadnych problemów ze zrobieniem zakupów, ani z dogadaniem się. Kupuję sobie chleb, margarynę, pomidory i ser topiony. Płacę około 10 dolarów australijskich. Kanapki są moim pierwszym posiłkiem w Kraju Kangurów.

 

Po południu Iwona namawia mnie na wycieczkę po naszej dzielnicy. Przede wszystkim chcemy wybrać się nad wodę, która ponoć nie jest daleko od naszego domu. W perspektywie okazuje się to być około pół godziny drogi. Emocje zaczynają się, gdy chcemy wrócić do domu. Skręcamy w inną ulicą niż ta, z której przyszliśmy i giniemy wśród domów. Po dwóch godzinach zrezygnowani spotykamy jakiegoś człowieka, który pomaga nam znaleźć właściwą drogę. Teraz już wiem, że tak na dobrą sprawę krążyliśmy cały czas wokół naszego domu, ale tak to jest, kiedy się nie zna okolicy. Bo wtedy nie wiedziałem nawet, że Allawah to malutka dzielnica leżąca koło dużej o nazwie Hurstville i wystarczyło iść za znakami drogowymi, które wskazywały właśnie Hurstville. No ale cóż... chrzest bojowy za nami.

 

W drugim dniu wybieramy się do centrum miasta. Jedziemy pociągiem do stacji Central. To właśnie tam spotykamy się z Mariuszem Arcimonowiczem – opiekunem polskich studentów w firmie Australian Centre for Education. Biura tej firmy mieszczą się w Kent Institute of Business and Technology pod adresem 469 Kent Street (zaraz naprzeciw Town Hall). Spodziewam się pana w średnim wieku, a tymczasem przede mną siedzi dość wysoki, mocnej budowy facet podchodzący pod trzydziestkę. Uśmiechnięty, wyluzowany, łatwo nawiązujemy rozmowę. Jest wesoło, a przyjęci zostajemy bardzo przyjaźnie. Nie pamiętam już przebiegu całej rozmowy, ale wrażenie jest bardzo dobre. Ten człowiek potrafi wlać w moje serce wiele optymizmu i jak potem pokaże mój pobyt w Sydney, wiele razy mi pomoże – szczególnie w kwestii pracy. Myślę, że gdyby nie on, nie byłoby mnie już w Australii, ponieważ miałem problemy z zatrudnieniem ze względu na moje problemy zdrowotne. Tymczasem teraz wiele wskazuje na to, że dzięki jego wielokrotnej pomocy odniosę tu sukces, po który przyjechałem.

 

Po wizycie u Mariusza wybieramy się z Iwoną zobaczyć operę (zdjęcie po lewej) i Harbour Bridge (zdjęcie po prawej). Skręcamy w Pitt Street i idąc nią prosto do samego końca docieramy do naszego celu. Opera jest przepiękna, most również. W okolicy kręci się mnóstwo turystów. Kupuję sobie czekoladowego loda, za którego płacę – o zgrozo – $5. Licząc na polskie pieniądze i ówczesny kurs dolara australijskiego to było jakieś 14 – 15 złotych! Wycieczka kończy się po kilku godzinach. Prawdę mówiąc, nie mamy już na nic siły i do końca dnia zostajemy w domu.


Co ciekawe – dopiero po kilku dniach docieram do Hurstville (zdjęcia na dole). Tam właśnie mieści się ogromne centrum handlowe – Westfield Shopping Centre (na zdjęciu poniżej), gdzie są potężne supermarkety, gdzie można kupić wszystko taniej. Szybko przekonuję się do dwóch z nich – Aldi (tak tak, to ten sam Aldi, co w Niemczech) i Coles. Okazuje się, że większość produktów mają znacznie tańszych niż chiński supermarket, do którego byłem dotychczas przyzwyczajony.


Praca

 

Nie mijają dwa tygodnie, a ja już mam pierwszą pracę. Otóż zostaję mianowany „House Manager” czyli opiekunem domu, w którym mieszkam. Moje zadania to zbieranie opłat, pilnowanie, aby śmieci były odpowiednio sortowane i aby dom był utrzymywany w czystości. W przypadku usterek mam je natychmiast zgłaszać do Australian Centre for Education. Mam również pilnować, aby ludzie przestrzegali regulaminu. W zamian płacę ponad 50% mniej za mieszkanie. Tę pracę zachowałem do dziś i mam nadzieję, że jak długo będę mieszkał w Allawah, to się to nie zmieni. Kilka dni później znajomy zabiera mnie do Annandale (nieco na zachód od centrum miasta, jakoś tam pomiędzy stacjami kolejowymi Stanmore i Petersham), gdzie dostaję pracę przy roznoszeniu ulotek. I tak oto mam swoje pierwsze źródło dochodu. Niestety, po tygodniu tracę ją. Szkoda, wielka szkoda. Ale jak to mówią, pierwsze śliwki robaczywki. Wielu od tej właśnie pracy zaczyna. Niemniej jeśli tylko ktoś ze studentów jest ową pracą zainteresowany, chętnie powiem mu jak się tam dostać.

 

Inna sprawa to formalności związane z otrzymaniem pozwolenia na pracę. Załatwia się je na miejscu w Urzędzie Emigracyjnym (na zdjęciu). Cała sprawa trwa około dwie godziny. Natomiast zupełnie odrębną sprawą jest Tax File Number. Aplikację wypełnia się na stronie internetowej i otrzymuje się go po upływie około tygodnia, może dwóch. Dopiero po załatwieniu tych formalności można ubiegać się o pracę.

 

Na zakończenie
 

Tak to wszystko wyglądało na początku w moim przypadku. To był styczeń, 2004 roku. Przywołałem te wszystkie wspomnienia specjalnie dla Ciebie, przyszły studencie, abyś mógł mieć choć trochę wyobrażenia, co cię czeka. Tu pieniądze nie płyną z nieba, trzeba sobie na nie zapracować. Nie zawsze ci się uda, czasem wiele miesięcy zajmie ci szukanie pracy. Ja osobiście w miarę stałą pracę dostałem dopiero po ponad pięciu miesiącach pobytu. Ale nie zrażaj się tym, ponieważ w młodości miałem uszkodzony błędnik i kręgosłup, stąd wiele prac typowych dla studentów było dla mnie po prostu niewykonalnych. Dziś wszystko wygląda inaczej, przede wszystkim dzięki niesamowitej pomocy firmy Australian Centre for Education – Perfect. Mam przed sobą niezłe perspektywy, a nawet rozwinięcie własnego interesu. Nie będę o tym wiele opowiadał, aby nie zapeszyć. Zapraszam cię do Australii i do skorzystania z usług firmy, dzięki której mnie się tu udało. I nie zapomnij – najważniejsze jest pozytywne nastawienie i wiara we własne możliwości. Bez tego nie masz szans na sukces, a on przecież jest w zasięgu ręki.

 

Sydney, 2004 r.

lista wywiadów

 


Jeśli chcesz wiedzieć więcej napisz do nas
Australia   Unia Europejska   USA   Kursy językowe   Emigracja
PERFECT Przedstawicielstwo szkół zagranicznych | wszelkie prawa zastrzeżone | projekt i wykonanie : Art Graphics